Fala na Weremieniu

 

Czyli moje przygody z falą Bieszczadzką

Czekałem na ten moment od 1990 roku, gdy w sierpniu przed przychodzącym podmuchem wiatru przedfrontowego w Bezmiechowej udało mi się pierwszy raz znaleźć nad Górami Słonnymi. Trwało to 20 min, ale to był wielki krok, otwierający powrót szybownictwa w Bieszczady. Radość była wielka. Tak się zaczęły loty żaglowe w Bezmiechowej, ale to mi nie wystarczyło. Moja dusza nie dawała mi spokoju. Szukałem nadal czegoś, co przyniosłem w swoim doświadczeniu z lotów tatrzańskich-fali. Spotkanie z falą w Bieszczadach opisałem w przeglądzie lotniczym. Było we wrześniu 1995 r podczas 12 godzinnego lotu na Piracie- dziesięć lat temu. Lot całodniowy-start o wschodzie słońca lądowanie o zachodzie. Do dziś żałuje że nie złamałem wtedy przepisów i nie zostałem na noc na fali, tylko lądowałem. Pobił bym pewnie wtedy długotrwałość lotu w Bezmiechowej, a tak najdłuższy mój lot wyniósł tylko 16 godzin na szybowcu Bocian. Nadal szukając fali bieszczadzkiej i starając się zrozumieć istotę zjawiska występującego w Bieszczadach napotykałem jedynie na  zafalowania chwilowe, które były ulotne i krótkotrwałe, a występowały przy bardzo dużej prędkości wiatru. ( huraganie).
To nie było ani przyjemne, ani bezpieczne, a ja pragnąłem poznać falę, na którą mogliby latać piloci przyjeżdżający tutaj na obozy.

Pamiętam falę późną jesienią, podczas lotu nocnego. Lot wykonywałem wtedy z kolegą klubowym Rafałem i trwał on 2,5 godziny. Po starcie na tzw ręcznik z deski budowlanej, będąc jedynymi osobami na starcie i górze w Bezmiechowej wystartowaliśmy metodą grawitacyjną bez pomocy kogokolwiek po zwolnieniu hamulca na szybowcu Bocian. Po starcie rotory opanowały szybowiec i zaczęły nim rzucać, jak listkiem na wietrze. Prądy wznoszące wynosiły szybowiec w parę sekund na 150 m nad stok, następnie silny prąd zstępujący uderzał od góry i rzucał nami nad sam stok i znowu z powrotem do góry z siłą 7 m/s. Ciemności i brak punktów odniesienia- błędnik szalał. Przeżyliśmy cudem, powyżej 500 m nad stokiem napotkałem falę,wszystko się uspokoiło, jak ręką odciął. Doszliśmy do 1700 m nad poziom startu,aleto nie była fala moich marzeń- predkość wiatru wynosiła 120 km/h!

Był to jednak najcudowniejszy lot nocny jaki przeżyłem. Wylecieliśmy nad wszystkie pyły, niebo było przejżyste z paleta gwiazd i księżycem w pełni, który tak oślepiał srebrem, że przydałoby się mieć okulary przeciwksiężycowe ( szkoda, że nikt takich nie przewidział ).

Te moje doświadczenia z falą w Bezmiechowej nie nastrajały mnie pozytywnie do  wykorzystania tego zjawiska na turnusach falowych.

Problem jednak w późniejszym czasie się niejako sam rozwiązał i zaprzestałem robienia prób rozpoznawania fali w Bezmiechowej, a nawet wykonywania jakiejkolwiek działalności lotniczej, ponieważ wyprowadziłem się z Bezmiechowej do Weremienia.

Nikt nie wróżył mnie tam długiego  pobytu. Próby z falą zarzuciłem z braku w ogóle zacięcia i rozpaczy za Bezmiechową. Musiałem ratować Aeroklub i jego egzystęcję.

Dopiero po trzech przelatanych sezonach w Weremieniu, na innym miejscu……

I co dalej? Dalej życiem i wynalazkami rządzą przypadki- o czym wcześniej przekonałem się nie raz.

Późny październik 2005- Weremień. Przyjazd na turnus Aeroklubu Poznańskiego. 22 października jak zwykle przychodzę na start.Pierwsza niespodzianka-szybowiec złożony stoi na starcie-ich chwilowo będzie nie czynny-drobna stłuczka na wózku szybowcowym.

Nad lądowiskiem szybko przelatują chmury z kierunku południowego 7/8 pokrycie Stratocumulus. To nie wróży nic dobrego-myślę. Pobieram prognozę-niby do 35 knotów nad granią. Mocno szumi las na grani nad lądowiskiem. Niechętnie siadam do szybowca w celu zrobienia oblotu pogody i wyciągarki. Wiem, że będę musiał przelecieć przez warstwę rotorów na zawietrznej góry.

Startuję za wyciągarką na jałowych obrotach, aby było bezpieczniej, ale rotorów nie było. Wyczepienie 420m. Przechodzę na południowy żagiel. Od razu napotykam na noszenia do 3m/s. Dolatuje do 550 m i turbulencja ustaje. Dostaję się w warstwę laminarną-noszenia 2 m/s. Za chwilę jestem już nad chmurami. Nie do wiary-fala! Lecę wyżej i wyżej. Od razu odezwała mi się dusza pioniera i odkrywcy-szukam, wyżej. Dochodzę do 1600 m, daję się spychać przez wiatr do tyłu, potem podlatuję szybciej do przodu. Widzę soczewkowe chmury nad Tatrami. Przede mną mur halniakowy, znajdujący się nad wysokim działem granicznym. I taki miałem oblot pogody który trwał 1 godzinę 20min. Ląduję. Na dole nerwowa admosfera. Piloci z Poznania nie mogą usiedzieć na miejscu, wszyscy aż się rwą do szybowca.

Robię następny lot z młodym instruktorem z Poznania Tomaszem Zdziarski. Sytuacja się powtarza, rotory, fala. Badamy ponownie zjawisko i rozrzeszamy obszar badań lecąc nad Bezmiechową. Tutaj napotykam na duszenia. „Wspinamy się” po rotorach mających przeróżne kształty. Jesteśmy nad pełnym pokryciem. Po ponad godzinie lądujemy. Chwila przerwy i startujemy. Tym razem z Piotrkiem Szymańskim. Nic się nie zmieniło, jedynie zorjętowałem się, że ta fala ma długi zasięg. Postanowiliśmy polecieć wzdłuż zafalowania w kierunku wschodnim na wysokości 1500 m dolecieliśmy nad Czarną. Wzdłuż calłej drogi nosiło. Energię tę zamieniliśmy na prędkość. Gdy pokazywałem piotrkowi położenie weremienia,miał nietengął minę. Czy aby dolecimy? Była to ostatnia góra na horyzoncie. Za 15 min tam byliśmy.

Chciałbym pokrótce opisać to, co widziałem podczas tych lotów wykonywanych w tym dniui jak to odczytałem. To była pierwsza moja analiza stacjonarnej bieszczadzkiej fali,o której marzyłem od 1991 roku. Zaznaczam, że jest to wąski wycinek próby opisu tego zjawiska, które sądze że ma o wiele większy zasięg. Pierwszy zpostrzeżeniem mojim było to, że zauważyłęm po zachmurzeniu będącym pode mną że znajduję się na II fali. I była nad wielkim działem granicznym. Następnie odkryłem to, co bardzo mnie uradowało, że fala bieszczadzka odzwierciedla rusztowy geomorfologiczny układ pasm górskich, jest to inna fala niż tatrzańska-fala długa. Widoki przypominały mi zdjęcie, oglądane w Nowej Zelandii w Omarama, wykonane z fali w tamtejszych Alpach Południowych. Długa fafa, którą można wykorzystać do przelotów szybowcowych. Czułem się jakbym latał nad gigantycznym zboczem górskim na zaglu, ponieważ układ chmury wzdłuż której latałem do złudzenia przypominał mi zbocze górskie, ale jednak z chmur. Góra z chmur, moje wymarzone zbocze, moja druga Bezmiechowa. I tak lataliśmy wzdłuż tego „zbocza”. Zrobiliśmy w ten sposób pierwszy przelot na fali w Bieszczadach-60km. Mała Nowa Zelandia, która jest w Weremieniu.