Grawitacyjny sen

Czyli o lataniu z górki

Jak każde wydarzenie tak i to ma swój początek, chronologię i ciąg logicznych zdarzeń. Aby i ta historia była opisana po kolei  muszę się cofnąć daleko w moje dzieciństwo.
Jak tylko, będąc kilku letnim brzdącem, zacząłem się zastanawiać nad tym, co mnie wokół otacza myślałem, że przecież wszystko na tym świecie jest już tak pięknie poukładane i wynalezione, że ja tu taki malutki jestem, tym wprost przytłoczony i nigdy nic nowego nie zdołam  wymyślić. Z wiekiem jednak, to pojęcie stopniowo mi się zmieniało, ale nie o tym chciałbym pisać.
Od urodzenie byłem związany z górami, miały one dla mnie coś magicznego, jakąś zaklętą energię. Pamiętam taki sen- sen proroczy. Miałem na szczycie góry szybowiec. Wsiadłem do niego, a on grawitacyjnie stoczył się ze zbocza i wystartował. Pamiętam, że ten sen wywarł wtedy na mnie duże piętno, głęboko zapadł w pamięci. Tak jakoś czułem, że to jest cos niezwykłego, pięknego, wywołującego emocjonalne oraz estetyczne marzenia. Nie sądziłem, że ten sen sprawdzi mi się na jawie.
Było to 26 lat temu, a moje prorocze widzenie było tak silne, że gdzieś wewnątrz mnie tkwiło tak głęboko jakby i razem ze mną żyło. Tak bardzo chciałem wykonać taki lot ze snu, że podświadomie wszystkie moje dążenia w Bezmiechowej  do tego dążyły.
Gdy zacząłem moją przygodę z reaktywowaniem Bezmiechowej interesowało mnie między innymi pojęcie tzw. startu z ręki. Chciałem to zobaczyć, przeżyć, spróbować. Wtedy to moim profesorem i rozmówcą był śp. Janusz Ruge. Umawiałem się z nim wieczorami w Nowym Targu, słuchałem, pytałem. Wiele mi opowiadał o swoich początkach latania w Fordonie, a potem na Żarze, gdzie mieszkał na szczycie szybowiska i pracował jako instruktor.
Były to moje początki i nauka od lotniczych profesorów. Wspominam również Edwarda Mikulskiego, który w latach międzywojennych latał wyczynowo i intensywnie właśnie w  Bezmiechowej,  aby później z panią Jungą objąć kierownictwo w najdalej na wschodnich rubieżach   Rzeczpospolitej położonej  Szkole Szybowcowej w Sokolej Górze.
Wynalazki, jak się później okazało, nie mają nic wspólnego z chęcią wynalezienia czegoś nowego. Tak też i było ze startem grawitacyjnym. Jedyną rolę, jaką miałem przy pracy i rozwijaniu tego startu, było moje otwarcie na coś nowego, nie zamykanie się w stereotypach, a szukanie. Do tego potrzebny mi był odpowiedni klimat, a w Bezmiechowej mi go nie brakowało. Miejsce to było wprost tym przepełnione, wszędzie unosił się duch dawnych szybowników, którymi przesiąkło to miejsce. Teraz wiem, dlaczego w Nowej Zelandii powstaje tak dużo wynalazków- to niepowtarzalny klimat tych wysp i otwarcie na nowinki ich mieszkańców. Dlatego też, Bezmiechowa i Bieszczady  była i jest dla mnie mała Nowa Zelandią.
Tak prawdę mówiąc początki startów grawitacyjnych nie były łatwe. Nazwa „start ze zbocza”- tak jak było w moim śnie, okazała się niezbyt trafna. Próby jakie robiłem już w 1995 roku na szybowcu Bakcyl wykazały, że nie do końca chciał się dawać spychać ze zbocza i nie do było to, to o co mi chodziło.
Pamiętam dobrze jeden lot. Była późna jesień 1997 roku. Przyjechałem na opustoszałą górę z Sanoka. Szybowiec Bakcyl stał złożony i gotowy do lotu schowany za skarpą hangarową. Byłem sam, pięknie wiało południe. Miałem dużą ochotę na start. Przyczepiłem mu linę do zaczepu, a drugi koniec zarzuciłem sobie na barki i jak wyrobnik wyciągnąłem szybowiec na zbocze. Wsiadłem do niego, ale miałem problem z rozpędzeniem szybowca, więc wymyśliłem, że użyję do tego kija jak flisacy na rzece.
Podniosłem na wietrze skrzydła, ale brakowało mi napędu. W Bakcylu środek ciężkości jest przesunięty na przednią płozę i gdy rusza z miejsca, opiera się na tej płozie, przez to ma duży opór co go skutecznie wyhamowywuje. Jedną ręką odepchnąłem się jak flisak od gruntu i ruszyłem. Zamknąłem w między czasie kabinę i wystartowałem. Spędziłem w powietrzu cztery godziny. Latanie Bakcylem zawsze porównywałem do wspinaczki po chmurach, dlatego, ze jego charakterystyczny profil skrzydeł wręcz nieprawdopodobnie pozwalał na zawieszenie szybowca w powietrzu- a ja go zawieszałem w noszeniach.
To był mój pierwszy raz- sam wykorzystałem  zaklęte właściwości góry i magiczną energie mego sny sprzed lat…
Drugi „pierwszy raz” był bardziej spektakularny i miał miejsce, gdy w 1998 roku, sprowadziłem pierwszego Bociana z Warszawy. Pamiętam, był piękny początek września. Do Bezmiechowej przyjechali moi znajomi z Krakowa. To były pierwsze loty Bocianem z lin gumowych. Wtenczas pamiętam do szybowca wsiadł ojciec Jan- proboszcz z kościoła Św. Katarzyny z Kazimierza. Reszta gości naciągała liny. Przy tylnym zaczepie został Józek- tubylec z Bezmiechowej, pasjonat szybowiska. Liny zaczęto naciągać, a potem sam nie wiem jak do tego doszło szybowiec ruszył w dół zbocza. Po chwili wystartowałem jakby nigdy nic w tym miejscu, jak przy starcie z lin gumowych. Start jednak różnił się od normalnego. Okazało się bowiem, że omyłkowo przy rozpoczęciu naciągania lin został zwolniony tylny zaczep i szybowiec stoczył się grawitacyjnie i wystartował.
W tym dniu na dobre zarzuciłem starty z lin gumowych. Gdy tylko mogłem startowałem bez nich-„ ze zbocza”. Niejednokrotnie miałem z tego powodu nieprzyjemności, że robię coś niedozwolonego, ale nie zrażałem się tym. Czułem wtedy, że dopiero chwyciłem „ wiatr w żagle”.
Tak naprawdę szybowcem, który dostojnie i z gracją baletnicy zaczął startować ze zbocza  był Bocian. I takie były początki startów grawitacyjnych., których nazwa została zasugerowana przez Staszka Suchodolskiego- mojego serdecznego przyjaciela z Nowego Targu i  Bezmiechowej. Była to cenna wskazówka, ponieważ „ start grawitacyjny” bardziej oddawał sedno rzeczy i miał lepsze, krótsze brzmienie, także po angielsku.
I tak oto lot Bocianem z ojcem Janem był dla mnie spełnieniem i zmienił w Bezmiechowej erę startów z lin gumowych na grawitacyjne. Później z tego zbocza w ten sposób startowały: Puchatek, Puchacz, Blanik, Jantar St 3, Junior, Pirat, Gapa, PW-5, PW-6, Mucha St Bekas i inne.
Splotem różnych wydarzeń zacząłem latanie w Weremieniu i tu także startowałem i nadal startuję tam grawitacyjnie. Dla mnie osobiście start grawitacyjny jest przykładem spełnienia marzeń i pogonią za doskonałym startem, który przypominałby perpetum mobile. Analogią do tego  jest jazda z góry na nartach z czym byłem związany od dziecka. Może dlatego wyśnił mi się ten sen, który był związany z zaklętą tajemniczą energią gór, tak zawsze bliskich memu sercu i duszy? Trudno powiedzieć i nawet ogarnąć myślą ile radości i satysfakcji daje urzeczywistnienie tak prostego, a jakże skutecznego sposobu unoszenia się w powietrze poprzez wykorzystanie naturalnych warunków. To spełnienie, choć po części,  Dedalowego pragnienia, by wykraść ptakom ich tajemnice….
Muszę także wspomnieć w tym miejscu, że start ten umożliwił wykonywanie lotów nocnych, które co roku odbywały się jesienią w Bezmiechowej.
Podsumowując ten rodzaj startu do startu z lin gumowych pragnę zaznaczyć, że jest to o wiele bezpieczniejszy start niż z lin, które niejednokrotnie urywały się przy ich eksploatacji. Jest jeszcze inne niebezpieczeństwo związane z uderzeniem skrzydłem w tzw. „ambasadorów” – którzy naciągają liny. Pamiętam taki start na północ gdy jedna dziewczyna przy naciąganiu potknęła się i upadła na głowę. Sprawa skończyła się w szpitalu. Dlatego tak na prawdę nie wyobrażałem sobie startów nocnych z lin gumowych, gdy przed szybowcem mogliby się plątać jacyś ludzie. A ile satysfakcji dały nam starty grawitacyjne w nocy! Zapoczątkowałem je  tej samej jesieni co pamiętny, opisany start Bociana…
Aby móc zakończyć opowieść o mojej przygodzie ze startami grawitacyjnymi nie mogę pominąć faktu, że minęło już dziesięć lat, jak zacząłem startować w ten sposób. W miesiącu grudniu 2006 roku robiłem to po raz kolejny i jednocześnie pierwszy  na nowym miejscu,  na mojej działce w Bezmiechowej. Wykorzystując wiatry południowe i długą jesień zdecydowałem się zainicjować i wypróbować naturalne właściwości  ukształtowania zbocza przesuniętego bardziej na zachód od pasa startów Politechniki Rzeszowskiej. Okazuje się bowiem, że jest to zbocze nieco bardziej nachylone. Latałem tam kilka dni i startowałem grawitacyjnie Bocianem.  Był to dla mnie swoisty ewenement, ze względu na termin i miejsce. Warunki lotne były doskonałe. Noszenia były silne i stabilne, co umożliwiało wypady po całej okolicy z wykorzystaniem noszeń żaglowych jak i falowych. Ale to już temat na kolejną opowieść…
Pisząc ten artykuł, dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że historia startów grawitacyjnych zatoczyła krąg. Stała się rzeczywistością i następnym, ugruntowanym już choć nowym elementem w szkoleniu szybowcowym, a nie tylko proroczym snem o jakże pięknych przygodach z szybownictwem w górach.

Piotr Bobula

Bezmiechowa, dnia 11 stycznia 2007 r